Fragment książki ,,Kupowana miłość" - 6 kobiet, 6 historii, 6 pytań

Viktoria - Rozmowa z Cienie

Noc zasłoniła niebo swoją ciemnością i nie pozwalała do strzec na nim żadnej gwiazdki. Było Boże Narodzenie.
Victoria siedziała w fotelu, przysuniętym najbliżej, jak tylko można było, do palącego się ognia w kominku. Na kamiennym murku, który wyznaczał granicę między paleniskiem a salonem, stał piękny, okrągły kielich z odrobiną koniaku na dnie.

Była zupełnie sama w prawie pustym domu, z którego Kuba, który towarzyszył mu podczas rozprawy, wywiózł większość mebli. Zaraz po wyjściu z sądu po rozwodzie. Nikt jej o wywózce mebli nie uprzedził, nikt z nią na ten temat wcześniej nie rozmawiał. Ot tak, ktoś za nią zadecydował i coś jej zabrał… To chyba miała być dla niej jakaś kara?

Wiedziała, że to ostatnie chwile w tym domu, bo go sprzedali, więc został jej miesiąc na znalezienie sobie innego miejsca na ziemi. To Boże Narodzenie różniło się od innych, tych sprzed laty… I to nie tylko dlatego, że siedziała sama w pustym pokoju jako kobieta rozwiedziona, bez wystrojonej choinki, lampek, migoczących świec i krzątających się świątecznych gości, lecz dlatego, że był to tak nieznany początek nowego…

W poświacie tańczących płomieni ognia, które leciutko rozjaśniały pokój, zobaczyła ją. Wzięła poduszkę leżącą na drewnianej podłodze obok kominka i usiadła po turecku, wygodnie naprzeciwko niej samej.

Choć kominkowe światło ledwo rozświetlało wnętrze, to Victoria z ulgą dostrzegła w gościu swoje własne odbicie, swój Cień – tak dobrze jej znany. Zobaczyła tę część siebie, która w niej mieszkała, choć od tak dawna nie zapraszała jej do rozmowy.

– Cieszę się, że przyszłaś, przynajmniej nie będę dzisiaj sama.

– No tak, przyszłam, bo mi w końcu na to pozwoliłaś po latach zakazu…

– Tak wiem, to prawda… Niestety, nie byłam w stanie z tobą wcześniej rozmawiać.

– I co teraz? Skoro się ze mną spotkałaś, to chyba po to, żeby porozmawiać? Czy może wolisz pobyć razem ze mną w ciszy? Mnie jest to obojętne, zrobimy, jak wolisz. Ważne, żeby w tym „byciu” tobie było dobrze.

– Tak długo trwałam w ciszy, że teraz muszę z kimś porozmawiać, bo inaczej zwariuję. Potrzebuję z siebie wyrzucić to wszystko, co tyle lat trzymałam pod kluczem.

– Więc mów, proszę, ja jestem. Choć czy na pewno to ze mną chcesz zacząć ten dialog? Wiesz przecież doskonale, że nie tylko ja czekam od dawna na rozmowę z tobą.

– Tak, wiem, lecz na rozmowę z tą wygnaną częścią nie mam jeszcze gotowości… Nie teraz… W niej nadal jest wiele tak trudnych emocji i wspomnień, że nie… Nie jestem gotowa na spotkanie z nią. W tej chwili ty jesteś moją potrzebą i mam nadzieję, że wsparciem, którego potrzebuję.

– A jakiego wsparcia potrzebujesz?

– Muszę się chyba komuś wyspowiadać. Tak mi się wydaje.

– Dlaczego właśnie mnie? Możesz to przecież zrobić w kościele u księdza, w konfesjonale.

– Proszę… Nie rób tego, choć wiem, że sobie na twój sarkazm pewnie zasłużyłam. Zostań moją bezpieczną powiernicą, tą, która nie osądza i nie orzeka wyroków.

– Przepraszam, zapomniałam się i chyba chciałam trochę się na tobie odegrać za te lata ciszy i zapomnienia. Poniosło mnie, raz jeszcze przepraszam. W końcu jestem tylko twoim Cieniem, a nie świętą… No i co teraz zrobisz, kiedy zostałaś sama? Choć nie dążę do oceniania twych decyzji, to mam wrażenie, że trochę jednak narozrabiałaś?

– Hem… Chyba nawet bardzo, a nie trochę. Określenie „narozrabiałaś” nie jest adekwatne do tego, co zrobiłam. To coś dużo gorszego. Ja zrujnowałam życie dobrego człowieka.

– Mam wrażenie, że również swoje…

– Tak, to prawda. Siedzę teraz na zgliszczach również własnego życia i rozsypuję wokół siebie popiół. Nic z niego nie zostało, a ogień podłożyłam sama, więc nie mam gdzie szukać winowajcy.

– Tylko proszę cię, nie zostawaj zbyt długo na tym stosie płonącej winy, bo naprawdę spłoniesz! A może weźmiesz pod uwagę opcję, żeby z niego zejść i poszukać drogi do zrozumienia tego, co się tak naprawdę wydarzyło? I przemyślenia, co robić dalej…? Światu nie są potrzebne takie ofiary.

– Zrozumienia?! Jak to zrobić? Jak mogłabym dostrzec w mojej podłości choćby okruchy zrozumienia?

– A jednak… Powiedziałaś podczas rozmowy z nim, kiedy oświadczyłaś, że chcesz odejść, że lata temu nie wyszłaś za mąż, tylko za mąż uciekłaś. Co to tak naprawdę znaczyło?

– Wiesz, zrozumiałam to dopiero za przyczyną ostatnich wydarzeń. Wcześniej myślałam, że to, co do niego czułam, to było zakochanie, choć nie zdawałam sobie sprawy, że się tylko oszukuję. Bo widzisz, przyjaciółko droga, to był taki okres w moim życiu, w którym ktoś, kto zaakceptował mnie w całości, taką, jaką jestem, razem z moimi tajemnicami, już zasługiwał na moją dozgonną wdzięczność!

Którą pomyliłam z miłością… Sam fakt takiego oddania i chęć obdarowania mnie własną rodziną były dla mnie darami nie do odrzucenia i wartymi nawet wmówienia sobie miłości. Choć nie miałam wówczas tej świadomości, a moja intencja, wychodząc za mąż, była szczera.

– Jak myślisz, dlaczego więc pomimo tego, co on wnosił w twoje życie, nie pojawiła się w tobie miłość? Bo przecież chyba się starałaś na nią otworzyć?

– Staranie w takim przypadku nie przynosi oczekiwanego skutku. Choć to prawda, że wiele w tej historii małżeńskiej było zaangażowania. Tylko że w niektórych przypadkach to nie wystarcza.

Wpływ na sukces takich starań ma posag, który wnosisz ze sobą w związek. Ja niestety wniosłam w niego tajemnice, które wszelkiego rodzaju starania pozbawiały mocy sprawczej. A wówczas serce na miłość zostaje zamknięte i głuche.

– Jesteś o tym przekonana? Naprawdę wykluczasz to, że dwoje ludzi może tak bardzo się zaangażować w bycie razem i odkrywanie swoich nawet nieuświadomionych potrzeb, że dzięki temu może się między nimi narodzić przestrzeń dla prawdziwej miłości i siły do przetrwania razem niejednego kryzysu? Z których prawdziwe życie przecież również się składa?

– Hem… może masz rację? Teraz sama siebie przekonuję, że nie mogłam postąpić inaczej, że to było jedyne rozwiązanie i że musiałam być tak okrutna… Tak, masz rację, pewnie ludzie potrafią inaczej, ale ja inaczej nie potrafiłam.

Myślę, że jest to możliwe i że można razem przetrwać niejedną życiową burzę, a po niej pójść dalej, będąc nadal połączonymi. Odkrywać nawzajem swój wewnętrzny świat i dzień po dniu uczyć się siebie. Być coraz bliżej i bliżej, aż którego dnia znaleźć się razem w obszarze energii serca i miłości. Wierzę, że być może ktoś inny tak potrafi. Mnie nie udało się tego zrobić.

– Jak czujesz: co tak naprawdę ci w tym przeszkodziło? Bo on był gotowy przejść dla ciebie nawet przez piekło, ale ty nie dałaś mu do tej podróży prawa, pamiętasz? Już na samym początku zamknęłaś przed nim drzwi do swoich tajemnic i zakazałaś ich dotykać.

– No tak, tajemnice… Masz rację, to pewnie one pchnęły mnie w ramiona małżeństwa z nadzieją, że życie rodzinne i związane z nim oczekiwane szczęście pomogą mi o nich zapomnieć. A ta wielka miłość z jego strony uleczy moje rany.

Tak jednak się nie stało, bo tajemnice mają potężną moc i trzymane w zamknięciu nie pozwalają ani na szczęście, ani na uleczenie. Wręcz przeciwnie… Ciągle na nowo otwierają rany…

– Więc dlaczego wkładałaś taki ogrom sił w budowanie wokół nich grubych murów? Im dłużej trwało utrzymywanie ich w zamknięciu, tym one stawały się coraz bardziej głodne i przebiegłe. Chciały wydostać się na wolność.

Widzisz, one z czasem potrafią pochłonąć całą twą energię i wypełnić życie strachem. Niewypuszczone na wolność i niepożegnane przez ciebie tajemnice są jak wampiry, które karmią się twoją życiową energią.

Są też bezwzględnymi strażnikami, którzy nie dopuszczają cię do bliskich relacji z drugim człowiekiem.

– Dlaczego?

– Bo szczery i otwarty związek, który poradziłby sobie z tajemnicami, mógłby być dla ciebie busolą, dzięki której mogłabyś odnaleźć drogę do ukrytej w głębi siebie wrażliwości i miłości.

A te uczucia dodają energii i ratują życie! O co uwięzione tajemnice są zazdrosne i za karę, że muszą w tobie siedzieć, ciebie samą również trzymają we własnej otchłani.

– Mówisz, że mogłam się pożegnać z moimi potworami, żeby uratować nasze życie i odkryć ciemne zakamarki mojej duszy, w których one mieszkają? Jakże bym miała wypuścić je przed nim na wolność i zrobić z niego powiernika moich tajemnic? Skoro mnie samą one tak przerażały…

Nic i nikt by mnie nie przekonał, że on zrozumie moją historię i ode mnie nie ucieknie… Na samą myśl o tym, co ukrywam w środku, czasami myślę, że umrę i na pewno trafię do piekła…

– Wiem, że nie mam prawa oceniać tego, co czujesz, lecz jestem tutaj po to, żebyś być może zobaczyła wszystko inaczej.

Tak po ludzku, z miłością i, mam nadzieję, że z wybaczeniem…

Nie schodź, proszę, jeszcze do piekła. Bo może jest zupełnie na odwrót! Już w piekle jesteś i masz szansę się z niego wydostać.

– Może masz rację? Chyba od dawna tam właśnie siedzę i się męczę. Choć z drugiej strony czuję, że tak jest właśnie sprawiedliwie.

– Zostaw sprawiedliwość na chwilę w spokoju i odetchnij głęboko.

Czym jest sprawiedliwość i kto miałby oprócz ciebie samej wydawać na ciebie wyrok i za co?!

Za to, że żyłaś i nadal żyjesz najlepiej, jak tylko potrafisz, bo inaczej po prostu na ten moment nie umiesz?

Poruszasz się często jak ślepiec we własnym życiu, po omacku.

Dlatego nie widzisz przeszkód, które stoją przed tobą. Wchodzisz w mur i rozbijasz głowę nie dlatego, że jesteś masochistką i szukasz sposobu na zadawanie sobie bólu, tylko dlatego, że szukając własnej drogi, wymachujesz nią na lewo i prawo, po ciemku, sprawdzając granice, w których udaje ci się poruszać.

Żyjesz najlepiej, jak umiesz, a żyjesz jeszcze w ciemności razem ze swoimi tajemnicami.

– Myślisz, że gdym potrafiła uwolnić się od ciężarów noszonych przez te lata, to przestałabym być ślepcem? No cóż, mój strach był zbyt ogromny, by ujawnić te hańby.

Gdy stanęliśmy przed ołtarzem, by złożyć sobie małżeńskie przysięgi, wiedziałam, że popełniam świętokradztwo.

Lecz lęk przed wyspowiadaniem się i własne nieodpuszczenie swych grzechów paraliżowały mnie do tego stopnia, że nie pamiętam naszego ślubu.

Tak jakbym chciała wymazać z pamięci moje przestępstwo wobec niego i Boga.

No i ten brak miłości, który stawał się z roku na rok coraz cięższą tajemnicą do ukrycia…

Nie byłam w stanie wypuścić na świat wspomnień, w których uwięzione były historie o przemocy fizycznej, gwałcie i upodleniu.

Nie potrafiłam znaleźć w sobie sił, żeby oczyścić się z podjętej decyzji, gdy jeszcze jako młoda dziewczyna pozbawiłam świat mojego jeszcze nienarodzonego dziecka.

Jakże miałabym to zrobić i myśleć, że ktokolwiek mógłby mi to wszystko wybaczyć? Skoro ja sama nie mogłam sobie wybaczyć…

– Przecież od lat nie chodzisz do kościoła? I nie masz w swoim sercu wiary katolickiej, więc dlaczego jesteś dla siebie tak okrutna i szukasz wręcz najwyższego wymiaru kary?

A nawet jeśli wierzysz w Boga, który może istnieje na tym świecie pod różnymi postaciami, to czy On sam nie jest litością i wybaczeniem?

Więc jakiego Boga się tak strasznie boisz?

– Nie wiem. Chyba tego, który nie istnieje?

Tego, którego obraz stworzyłam sobie dawno temu, o którym słyszałam w dzieciństwie.

Tego, który wiedział lepiej, że na nic dobrego nie zasługuję, bo jestem krnąbrna i mam w sobie nieoswojoną, dziką naturę.

Tę, która sprowadzała mnie na manowce, i tylko jej mogę podziękować za wszystkie moje historie, które mnie zhańbiły.

Tego Boga się boję… Tego w mojej wyobraźni, bo przecież On tam mieszka i rządzi moim światem.

– To jest Bóg czy może cudze przekonania, które na nieszczęście dla siebie wchłonęłaś jak gąbka i teraz tak bardzo się ich boisz?

Te wydarzenia, które przeżyłaś zbyt szybko i których było ich zbyt wiele, ktoś określił jako grzechy, przez co napiętnowałaś sama siebie.

A związane z tym swoje tajemnice ukryłaś głęboko w swej duszy.

Wierz mi, że Boskość tego wszechświata może być czymś zupełnie innym niż Bóg w twojej wyobraźni.

Jesteś częścią tej Boskości; pełnej akceptacji naszej niedoskonałości, wybaczenia i miłości.

Ona cię otacza i chroni… I nawet, jeśli teraz tego nie czujesz, to wierzę, że przyjdzie czas, w którym sama to zrozumiesz.

– Jaki sens miałabym dostrzec w tym, co się stało?

Z jakiego powodu wszechświat miałby się mną zaopiekować?

Czy ja na coś takiego zasługuję?

– To zadam ci trochę inne pytanie niż do tej pory: a co byś teraz chciała zmienić? A czego byś już nie chciała?

– Hem… chyba… Wydaje mi się, że wiem.

– Co takiego?

– Chcę się dowiedzieć, jakiej lubię słuchać muzyki, czy lubię robić zdjęcia, a może mnie to nudzi?

Jakie podobają mi się obrazy lub jakich nie mam ochoty oglądać.

Czy lubię gotować, bo do tej pory po prostu musiałam to robić. I dlaczego lubię takie, a nie inne smaki.

Co czuję, kiedy chodzę po lesie, a co, kiedy pływam w morzu.

Czy lubię przebywać tam, gdzie jest dużo ludzi, a może wręcz przeciwnie?

Może jestem samotnikiem?

Chcę się dowiedzieć więcej o sobie.

W co wierzę i co nie jest moje…

Chcę wyczyścić głowę z tego, co wmówili mi inni.

Potrzebuję poczuć życie po swojemu i dotknąć go na swój, nieznany mi jeszcze, sposób.

Chcę odkryć, czym jest dla mnie wolność…

– Czy wolność kojarzy ci się z życiem w samotności? Dlatego się rozwiodłaś? Żeby się do niej zbliżyć?

– Nie, to nie tak.

Teraz wiem, że ilość energii na skrywanie tajemnic odcinała mi możliwość kochania i przyjmowania miłości.

Tajemnice, mieszkając w nicości, w nicości trzymają i nas.

Nawet gdyby ktoś chciał mnie otoczyć opieką i zrozumieniem, to do obwarowanej murem nicości nic nie przeniknie.

Nie przyjmiesz w niej niczego.

Wolność to umiejętność wydostania się z niemocy i swego rodzaju niewoli.

Wolność niesie za sobą zdolność dokonywania świadomego wyboru, ale nie destrukcji, która niszczy wszystko, razem z tobą samym!

Bo jeżeli pozostajesz zbyt długo więźniem własnych tajemnic i nie dajesz sobie szansy na uwolnienie się od nich, to nie doświadczysz ani wolności, ani miłości…

Czasami powoli giniesz w tej strasznej pułapce.

Pytasz, czy wolność wyobrażam sobie tylko w samotności.

Odpowiedź brzmi: „Oczywiście, że nie”.

Jest tylko jedno „ale”.

Być może, nie wiem tego na pewno, dopóki nie sprawdzę, będę musiała teraz przejść trudną drogę. Może nawet piekielną.

Ale chcę ją przejść i muszę to zrobić sama, żeby nauczyć się być ze sobą w kontakcie.

Ze swoimi myślami i uczuciami.

W tej drodze nie chcę słyszeć głosów z zewnątrz, które mogłyby zagłuszyć mnie samą.

Chcę zrozumieć, kim jestem, by potem, jako człowiek z uleczoną duszą, wpuścić do swojego życia miłość i wybaczenie.

A dopiero później, być może, drugiego człowieka. Bratnią duszę.

– W tej drodze, która może okazać się kręta, potrzebne ci będzie dużo odwagi. Ale wierzę w ciebie bardzo.

– Tak, wiem. Zdaję sobie z tego sprawę, lecz jestem już tam, gdzie jestem. Tak dużo straciłam, że chyba nie mam już nic więcej do stracenia…

Może to dobrze, bo i strach staje się w tej sytuacji mniejszy, więc mnie tak nie ogranicza?

– A jest jakaś cena, którą twoim zdaniem musiałaś zapłacić, żeby móc wyruszyć w tę podróż?

– Oj, tak! I to wielka…

Straciłam tak upragnioną wcześniej rodzinę i być może już nigdy nie będę jej mieć, nie będzie mi dane…

– Proszę, pamiętaj, że aby być wolną, musisz być odważna.

A żeby być odważną, musisz pamiętać, jak bardzo chcesz być wolna.

Wówczas wszechświat będzie ci sprzyjał.